Brak produktów w koszyku.
Miedzy zdjęciem a życiem
Wystarczy przyłożyć aparat do oka, spojrzeć w pryzmatyczny celownik, nastawić ostrość, czas, przysłonę i nacisnąć spust migawki. Na filmie został utrwalony kadr, który w ciągu jednej setnej sekundy był teraźniejszością, teraz zaś i później stał się śladem przeszłości.
Dlaczego fotografujemy? Po co zbieramy zdjęcia? Czy stajemy się uczestnikami procesu twórczego, czy też jedynie bezmyślnymi operatorami coraz to bardziej skomplikowanych urządzeń wyposażonych w obiektyw? Pytań, jakie nasuwają się gdy idziemy ulicą przygarbieni ciężarem kołyszącej się na szyi lustrzanki, gdy zwalniamy migawkę po odnalezieniu celu, kiedy kręcimy szpulą koreksu oczekując na brzęczyk minutnika, gdy oglądamy negatyw i w końcu kiedy z niecierpliwością wpatrujemy się w kuwetę oczekując, aż na białym prostokącie papieru pojawi się obraz, pytań tych nasuwa się o wiele więcej.
Wynalazca fotografii, Fox Talbot, który opatentował ten wynalazek w roku 1841 nadał mu nazwę „kalotyp”, od greckiego „piękny”. Tak więc już w samym założeniu twórcy tej nowej techniki a zarazem i sztuki, a nawet i sposobu myślenia uważał, że fotografia to utrwalanie piękna.
Początkowo uważano zdjęcia za wyidealizowane obrazy. Taki jest w dalszym ciągu pogląd wielu fotoamatorów, dla których „piękne zdjęcie” – to ukazanie czegoś ładnego: kobiety, zachodu słońca… W roku 1915 Edwarda Steichen sfotografował butelkę mleka na schodach przeciwpożarowych, dając nam przykład zupełnie odmiennego rozumienia „pięknego zdjęcia.*
Walt Whitman stawiał sprawę jasno: „Nie ma żadnych wątpliwości, że majestat i piękno świata drzemią w każdej jego drobinie… Nie ma żadnych wątpliwości, że w drobiazgach, owadach, prostych ludziach, niewolnikach, karłach, chwastach, odpadach i śmieciach kryje się znacznie więcej niż przypuszczałem”.
Fotografia obok wielu innych pomniejszych cech i kontekstów, ma przede wszystkim nadawać wagę temu, co przedstawia. Waga ta jest często niewspółmierna ani do obiektu, ani do powodów, dla których został on uwieczniony.
Najbardziej pompatycznym wynikiem fotograficznego przedsięwzięcia jest poczucie, iż jesteśmy w stanie cały świat zmieścić w głowie, jako antologię obrazków. Zbierać fotografie – to zbierać świat.*
Eksplozja tłumów obwieszonych aparatami, uwieczniających wokół siebie wszystko i wszystkich ma istotnie siłę niszczącą. Unicestwia przeżycia stając się nie tylko widocznym świadectwem „bycia gdzieś i kiedyś”, lecz również jest środkiem do rezygnacji z przeżyć. Człowiek z aparatem ogranicza je do wyszukiwania widoków, które uwiecznia, przekształcając przeżycia w obrazy i pamiątki. W wielu punktach szczególnie atrakcyjnych turystycznie w USA już przy wjeździe do miasta można spostrzec tablicę, gdzie posiadacz aparatu ma wypisane bez niedomówień co ma sfotografować, z jakiego miejsca, jakim obiektywem etc. Prostokąt papieru z w miarę wiernym odwzorowaniem świata staje się od niego doskonalszy i stanowi cel sam w sobie.
Czy fotografowanie jest procesem moralnie obojętnym? Żyjąca w latach 1923–1971 Amerykanka Diana Arbus, która specjalizowała się w fotografowaniu scenek rodzajowych, szukając przede wszystkim ludzi marginesu i ukazując ułomność naszej rzeczywistości, stwierdziła, że zawsze uważała, że fotografia jest czymś nieprzyzwoitym i to ją najbardziej pociągało. Gdy po raz pierwszy zrobiła zdjęcie czuła się bardzo perwersyjnie.
Fotograf przekształcił się dzięki aparatowi w voyeura. Sfrustrowane nadzieje, młodzieńcze wybryki, wojny kolonialne i sporty zimowe zostały zrównane przez aparat fotograficzny. Podpis reklamowy, białe litery niczym wystukiwane dalekopisem depesze, składa się tylko z sześciu słów: Praga… Woodstock… Wietnam… Sapporo… Londonderry… LEICA. Fotografowanie ustanowiło chronicznie „voyeurystyczny” stosunek do świata, zrównało sens wszystkich wydarzeń.*
Wykonać ludziom zdjęcia – to gwałcić ich i oglądać takimi, jacy sami siebie nigdy nie widują; w ten sposób ludzie ci stają się przedmiotami, które mogliby symbolicznie mieć.*
A więc fotograf bezwiednie, lub świadomie staje się nie tylko podglądaczem ale i jest oskarżony o gwałt, przy czym „skojarzenie, które najczęściej łączy się z fotografowaniem, to uznanie aparatu za phallus Jest to porównanie nieuniknione”*. Nawet, jeżeli Czytelnik uzna te skojarzenia za zbyt daleko idące i wydumane, to i tak można znaleźć inne, absolutnie nie do zatuszowania rysy na moralnym obliczu fotografii.
Fotografowanie, to w gruncie rzeczy akt nieinterwencji. Część grozy wiejącej ze znakomitych osiągnięć fotoreportażu, np. z fotografii mnicha buddyjskiego sięgającego po kanister z benzyną, partyzanta bengalskiego, zakłuwanego bagnetem związanego zdrajcę – bierze się stąd, że zdajemy sobie sprawę z tego, jak łatwo można wybrać fotografowanie w sytuacjach, w których fotograf ma do wyboru między zdjęciem a życiem.*
W filmie „Under fire”, przejmującym obrazie sandinistowskiej rewolucji w Nikaragui, główny bohater – fotoreporter goniący za kolejną swoją „okładką” tylko wykonuje swoje powinności. Ale jego zdjęcia, na których utrwala nie posiadających dotąd twarzy partyzantów, dostają się w ręce somozistów. Wielu z nich ginie. Fotoreporter dokonuje też, tym razem zupełnie świadomie, karkołomnego sprzeniewierzenia. Zostaje poproszony o to, żeby wykonał zdjęcie zastrzelonego przywódcy partyzantów. Chodzi o to, że do zdobycia Managui i w konsekwencji do zwycięstwa rewolucji brakuje kilku dni. Wiadomość o śmierci Rafaela, bo tak nazywa się w filmie przywódca sandinistów, może zachwiać wiarę partyzantów. Bluff udaje się. Zdjęcie „żywego” przywódcy ukazuje się w prasie. Rewolucja zwycięża. Zanim to jednak nastąpi od kul somozistów ginie przyjaciel fotoreportera, też zresztą dziennikarz. Jedyne na co może zdobyć się bohater, to wycelować w tę scenę teleobiektyw swego aparatu i uruchomić „motor”.
Zniekształcanie prawdy
Nawet początkujący fotoamator potrafi za pomocą zjawiska pseudosolaryzacji osiągnąć ciekawe efekty formalne. Pojawiające się ekwidensyty (linie łączące punkty jednakowej jasności) rysują odmienny obraz kobiecej twarzy od tego, który istnieje w świecie realnym. Czy jest to jednak inna twarz, czy inna kobieta? Nie, aparat mówi prawdę. „Tylko z „prawdziwym wysiłkiem można aparat fotograficzny zmusić do kłamstwa. Jest to w gruncie rzeczy uczciwy środek przekazu – a więc fotograf ma znacznie większe szanse na naukowe podejście do przyrody, na poczucie wspólnoty, niż impertynenccy, buńczuczni, samozwańczy artyści” – mówił Edward Weston – żyjący w latach 1886–1958 klasyk fotografii światowej.
Prawdę tę doskonale uzupełnia opinia Johna Szarkowskiego, dyrektora działu fotografii w Museum of Modern Art w Nowym Jorku – „Fotografia to system manipulacji wzrokowej. W gruncie rzeczy polega ona na oprawieniu w ramkę fragmentu jednostkowego stożka widzenia, jeżeli już się stoi w odpowiednim miejscu i odpowiedniej chwili. Niczym w szachach lub pisarstwie jest to sprawa wyboru spośród danych możliwości, tyle, że w przypadku fotografii ich liczba jest nieskończona”.
„Fotografia jest jedynym „językiem” rozumianym we wszystkich zakątkach świata i łączącym narody i kultury. Łączy ona rodzinę człowieczą. Niezależnie od politycznego nacisku – gdy ludzie są wolni – odzwierciedla prawdziwe życie i wydarzenia, pozwalając podzielać nadzieje i rozpacz innych, a także dostarcza danych o warunkach społecznych i politycznych. Stajemy się naocznymi świadkami człowieczeństwa i nieludzkości człowieka” – pisał w roku 1962 w książce „Fotografia twórcza” Helmut Gernsheim.
Trzeba o tym wszystkim pamiętać, gdy patrzymy w celownik i zwalniamy migawkę. Wbrew pozorom fotografowanie nie jest czynnością ani prostą, ani bezpieczną, ani moralnie obojętną.
Autor tekstu: Jan Czypionka.
Tekst napisany w 1988 roku. Wszystkie fragmenty zakończone znakim * pochodzą z książki Susan Sontag „O fotografii” w tłumaczeniu Sławomira Magali.

Dodaj komentarz